Leniwy bikepacking po Kotlinie Kłodzkiej

Z reguły, pragniemy powracać do miejsc, z których emocje są w nas wciąż żywe po dzisiejszy dzień. Przepiękne widoki, super trasy, wspaniali ludzie spotkani po drodze, a łącząc to wszystko historie, na których wspomnienia wzdychamy z utęsknieniem. Z Kotliny Kłodzkiej takich „wrażeń” nie mam, lecz… nie mogę się doczekać powrotu w ten region.

Klimat, do którego chce się wracać

W zeszłym roku zasmakowaliśmy nie tylko jedzenia w Schronisku Jagodna, ale także w specyficznym klimacie panującym w kotlinie (wpis z zeszłorocznej wyprawy). Dla jednych mogą to być przykre, smutne widoki rozpadających się domów i gospodarstw rolnych, z których młodzi pouciekali do większych miasta. Także ten przygnębiający obraz dostrzegam, jednocześnie widząc w nim piękno zatrzymanego czasu i braku chęci jego przyspieszenia.

Może to dla niektórych wydawać się dziwne, ale nie jestem zwolennikiem ratowania za wszelką cenę, zarówno wymierających gatunków roślin jak i zwierząt, a także miejscowości, w których została już tylko garstka ludzi. W naturze nigdy nie będzie pustki i, pomimo że coś wydaje się nam ona niezrównoważona przez wyginięcie danych gatunków, to w rzeczywistości wszystko jest w niej zbalansowane i żyje w cyklach. Ludzie jako częściowo oderwani od natury mogą mieć inaczej, ale wciąż pragnę wierzyć, że jest nam bliżej do zieleni niż do betonu.

Smok jamnik
Wyobraźcie sobie być tutaj w mglisty wieczór jedynie przy blasku księżyca

Cisza nierówna ciszy

Nie odrywając się od tematu klimatu, chciałbym wskazać pewną zmienną, która powinna być stała. Powinna, a nie odczuwam, aby była. Mieszkając u podnóża Beskidu Śląskiego, łatwo i szybko jestem w stanie wbić się w teren, do którego nie wpływają dźwięki cywilizacyjne. Nie jest to tak proste, jak na dwóch ostatnich włóczęgach po Słowacji (pierwszy drugi wpis) lub w Kotlinie Kłodzkiej, lecz nie ma z tym większego problemu. Jednakże ta cisza, poczucie pustki, odizolowanie od świata jest inne w moim odczuciu, pomimo że naokoło jest praktycznie to samo.

Możliwe, że sposób, w jaki docieramy do miejsca docelowego i to, co chłoniemy po drodze, ma na to wpływ. To, co działo się tuż przed wyjazdem w pracy, domu, u znajomych także ma znaczenie… jest to w każdym razie temat, o którym można dłużej pogadać, będąc „zmiękczonym” przy ognisku.

Niezwykle uspokajająca, dobrej jakości ścieżka wzdłuż potoku Bystrzyca

Pęknięta sztyca gwarantem dobrej pogody

Jak zwykle wszystko zostawiłem na ostatnią chwilę, co tym razem przyniosło nieoczekiwanie dobry efekt. Od tygodnia kombinowałem z siodełkiem i jego trzaskami, rozkręcając, czyszcząc i smarując kolejne elementy. Wieczorem, dzień przed wyjazdem pakując się, wyciągnąłem sztycę bardziej z ciekawości i przeczyszczenia niż w celu znalezienia źródła denerwujących dźwięków. Trzycentymetrowe pęknięcie wzdłużne sztycy ukazało się moim oczom, nie dowierzając, jak to się mogło stać (dokręcałem śrubę podręcznikowo), jednocześnie dziękując losowi za dojechanie do domu w całości, bez konieczności wyjmowania karbonu z końcówki pleców.

No, ale już po ptokach, nie jadę. Pociąg jest o 6 rano, a jest już 23, nic nie załatwię, przesiadka w Katowicach jest za krótka i o zbyt wczesnej porze, aby skoczyć do rowerowego, na miejscu w kotlinie pewnie nic nie będzie można od ręki kupić, dlaczego tego wcześniej nie odkryłem tylko, mogłem blablabla…totalne załamanie.

Na szczęście nie jechałem sam i dobre słowa Ani i Pawła sprawiły, że pozbierałem się w sobie jako tako. Zamartwiałem się w drodze gdzie dostanę sztycę z offsetem, a w Kłodzku musiałem wybierać gdzie podjechać, bo miałem trzy sklepy do wyboru, które miały to co chciałem. Jak zwykle więcej paniki u mnie, niż to w rzeczywistości było potrzebne.

Trasa, nad którą siedziałem poprzedniego dnia, musiała jednak ulec sporej modyfikacji, aż ostatecznie przejechaliśmy nią może 40 kilometrów. Mieliśmy startować z Nowej Rudy, wbijając się od razu w Góry Sowie, zahaczając o single i dalej włócząc się masywami zgodnie z ruchami wskazówek zegara. Sklepy rowerowe były jednak w Kłodzku… z którego rozpoczęliśmy jazdę na czuja w kierunku śladu, którego jakoś specjalnie i tak nie trzymaliśmy się później. Dzięki temu widzieliśmy drugiego dnia ciemne burzowe chmury siejące solidny deszcz, jadąc Autostradą Sudecką (fatalny asfalt swoją drogą), unoszące się w okolicach Bardo i Złotego Stoku, gdzie oryginalnie przebiegała nasza trasa. Prócz 20 minut deszczu pod wiatą, przez trzy dni burze nas omijały, które nieraz mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Te 108 złotych wydane na nową sztycę, to była jednak dobra inwestycja.

Widok z okolic kopalni uranu w Kletnie
Zalew Paczkowski, już na wyjeździe z kotliny

Najlepsze jest to, co ma się akurat pod ręką do dyspozycji

Fotografowie zwykle mawiają, że najlepszy aparat to ten, który masz przy sobie. Może to być lustrzanka jak i Nokia N95, na której możliwe, że są jeszcze zdjęcia dinozaurów. Nie ma to znaczenia, kiedy masz jedyną szansę na uwiecznienie szczególnej chwili.

Tak też było trochę w naszym przypadku, kiedy dojechaliśmy do początku Singla Orłowiec. Czy gravele obwieszone torbami, to dobre rowery na takie trasy? Nie bardzo, lecz… najlepszy rower to ten, który ma się pod sobą, więc ruszyliśmy w dół wąskiej ścieżki, ciesząc się jak dzieci w piaskownicy, które zamiast grabek używają zakrzywionych palców u dłoni. Może i nie byliśmy szybcy, a zwinnością tylko mogliśmy rywalizować ze słoniami i hipopotamami, ale za to szczęśliwi. A mówiąc bardziej poważnie, to Orłowiec jest łagodny, na gravelu bez problemu da się po nim jechać szybko.

Tak jak pisałem
na gravela całkiem przyjemny singiel

Z tras do polecania nie mam nic

Wspominam trasę z poprzedniego roku i tą z obecnego patrząc na mapę. Były piękne odcinki jak i te, które nie chciałbym na pierwszą myśl przejechać ponownie. Konkretnych tras nie mam do polecenia i na siłę tego nie będę robił obecnie. Co innego u nas w Beskidach, które bez dobrej trasy potrafią obrzydzić jazdę na gravelu, co nieraz już widzieliśmy.

To co mogę polecić jednak, to danie sobie możliwości do błądzenia „bez celu”. Wyznaczyć sobie kierunek mniej więcej, aby nie kręcić się w kółko i odkrywać tą magiczną krainę, na swój wyjątkowy i niespieszny sposób. To nie są tereny do przyjazdy na weekend i zaliczenia wszystkiego co najciekawsze w biegu, a w naszym przypadku w rozpędzie.



Damian Ciaćma
Damian Ciaćma

Włóczykij niespiesznie kręcący zawsze w stronę zachodzącego słońca. Miłośnik kimania na łonie natury, nieskatalogowanych atrakcji i minimalizmu. Pasję do dwóch kółek łączy z fotografią, z których pomocą tworzy swój mały świat.

Artykuły: 30