Velo Pilica (Zawiercie – Warka)

Włóczenie bez celu jest fajne, lecz czasem trzeba sobie wyznaczyć cel podróży. W tym wypadku była to rzeka i to cała.

19 czerwca to był gorący dzień, blisko 30 stopni i pełne słońce na niebie. Uwielbiam taką pogodę, na upał nigdy nie narzekałem. Z samego ranka o ile mnie pamięć nie myli, o godzinie 4:12 wyjechałem pociągiem z Bielska-Biała ku Zawierciu, by stamtąd już na dwóch kołach ruszyć w stronę źródła rzeki.

Do miasta Pilica, gdzie jeszcze nie wspomniałem, swój początek ma rzeka… Pilica, a jakżeby inaczej jechałem częściowo wykorzystując Szlak Orlich Gniazd. W ogóle to możemy tą wyprawę nazwać Velo Pilica, tak aby było oryginalnie i zaskakująco ;).

Na SOG-u wielka atrakcja się trafiła na trasie – Zamek w Ogrodzieńcu. Urokliwe ruiny skąpane jeszcze w porannym słońcu, nie oblepione jeszcze nadto przez turystów. Ja jednak miałem inny cel, dlatego szybka runda wokół zamku, dwie fotki i w dalszą drogę pojechałem.

Jeszcze przed wjechaniem na dobre do wyżej wspomnianego miasta, ukazały mi się dwa niewielkie zalewy, które zasilała Pilica. Trzeba było znaleźć, a jak potem wynikło określić źródło rzeki, by móc dać początek tej przygodzie.

Nie zamierzałem wcielać się w rolę Davida Livingstone, zamierzając odkrywać świat na nowo przedzierając się przez dziewicze tereny. Uznałem, że tam gdzie kończy się (zaczyna) rzeka na mapie, a cienki ledwo widoczny strumyk zanika pośród gęstwiny, tam będzie jej źródło.

Zamek Ogrodzeniec

Ahoj przygodo, chociaż do morza było daleko.

Podekscytowany szybko nabrałem rozpędu dotarłem do centrum Pilicy. Tam odwiedziłem opuszczony XVI wieczny pałac, którego dzielnie strzegły „sfinksy” przed wejściem. Niestety wszystko było pozamykane na cztery spusty, a z okien pozbawionych szyb czuć było przeszywające zimne powietrze niczym wydobywające się z samego dna lochów.

Na zegarku zbliżało się południe, a z nieba już grzało konkretnie. Mając wiatr we włosach (tych, które utrzymały się jeszcze na głowie), meandrowałem niczym rzeka wiejskimi, spokojnymi i wielokrotnie łatanymi asfaltowymi drogami, by dotrzeć do stacji benzynowej w okolicach miejscowości Oblechów.

Na szczęście na stację przyjechałem rowerem, bez konieczności uzupełnienia paliwa, ponieważ cpn był opuszczony od dawna. Ruiny wygrafitowane i wybebeszone do ostatniej kropli benzyny, lubię takie klimaty. Zapach benzyny zresztą też 😉

Bąkowa Góra za Przedbórzem była kolejnym moim przystankiem, z którego rozpościerał się widok na liczne rezerwaty w dolinie, które wydawało się, że były ponabijane jak tort świeczkami dla emeryta przez wiatraki.

Rzeka nabierała powoli rozmiarów a jej koryto było coraz szersze. Na całej praktycznie długości jest to bardzo spokojny ciek wodny, komfortowy dla nawet początkujących kajakarzy. Głębokość także jest niewielka, przez co w letnie upały temperatura wody jest dość wysoka.

Pałac w Pilicy

Dwusetka na zakończenie pierwszego dnia

Planowałem rozbić się (biwakować w sensie) nad Zalewem Sulejowskim, lecz były ku temu dwie przeszkody. Pierwsza to nie było możliwe znalezienie spokojnego miejsce, bo wszędzie byli ludzie a co gorsza głośna młodzież, a druga… chciałem tego dnia dobić 200km i brakowało jeszcze kilku. Także nie było wyjścia i nocleg spędziłem już za Tomaszowem Mazowieckim, na polach rozwieszając hamak pomiędzy dwiema brzozami.

Nie ma to jak nocka na dziko. Drugiego dnia głowa jest lżejsza, spokojna i wyhamowana ze szczurzego pędu, to taka nocka buforowa. Teraz można było dopiero zacząć pełną piersią cieszyć się jazdą.

A nogi były o dziwo świeże mimo jazdy przez cały poprzedni dzień z bagażem ważącym 12kg. Sam rower stalowy też piórkiem nie był, nie wspominając o rowerzyście. Tempo było fajne od samego rana, upał tak jakby mniejszy i pojawiły się chmury, póki co te niegroźne.

W miejscowości Inowłódz szybkim pędem zwiedziłem ruiny zamku Kazimierza Wielkiego, by dalej ruszyć na wschód. Tego dnia było więcej szutrów, leśnych ścieżek i piasku niestety. To nie to jednak mi zepsuło humor.

Awarie sprzętu pozwalają poznać ciekawych ludzi

Przed Białowieżą urwała mi się linka tylnej przerzutki, zaklinowując się w klamkomanetce. Nieprzygotowany akurat takiej części zapasowej nie miałem, więc wjechałem do miasta na przełożeniu 30-11 szukając ratunku. I jeżeli tu będziecie kiedykolwiek, nawet po głupią dętkę to odpuście sobie szukanie jej na ulicy szkolnej. 🙂

Po burzy przeczekanej na przystanku pojechałem do sąsiedniej wsi Brzeźce, gdzie trafiłem na nie tylko (wreszcie) dobry serwis rowerowy Mobike-Serwis, lecz na fajnego człowieka o otwartym umyśle. Linka mimo oporów została szybko wymieniona, lecz jeszcze szybsza była kolejna burza tego dnia. To sprawiło jednak, że mogliśmy przy kawie porozmawiać o rowerach i nie tylko, lecz gdy deszcze ustąpiły…

Komu w drogę temu czas.

Dzień powoli chylił się ku końcowi, a ja chciałem nadrobić stracony czas przez awarię i burze. Dotarłem za miejscowość Warka gdzie upatrzyłem sobie jak mi się zdawało, miłe schronienie w okolicach licznych sadów.

A tak wyglądał mój dobytek na kołach

Trzepoczący hamak na wietrze w strugach deszczu

Pogoda tej nocy zmieniła się diametralnie. Zrobiło się zimniej, deszcz przychodził falami razem z mocnym wiatrem. Tarp musiałem zamknąć z jednej strony, a ścianki furczały aż do godzin porannych nie dając wypocząć dostatecznie. Brak lasów w tej okolicy sprawdził, że wiatr nie miał na czym się zatrzymać.

Trzeci dzień uświadomił mi, że nawet w lato warto wozić ze sobą wiatrówkę. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Niestety mimo niewyobrażalnie dużej ilości powszechnie dostępnej wiedzy, głównie na własnych błędach. Tak było, jest i pozostanie.

To był mega szybki poranek w oknie pogodowym umożliwiającym nieco podsuszenie dobytku i sprawne spakowanie. Śniadanie na kołach już było, bo zmarznięty musiałem rozgrzać się. Swoją drogą jak to śmieszne brzmi teraz, kiedy jeździmy na mrozie, po oblodzonych ścieżkach i wietrze obniżającym temperaturę odczuwalną do tej wywołującej łzy. Co prawda inaczej ubrani ale jednak w temperaturze o blisko 20 stopni niższej.

Po krótki czasie dojechałem w okolice Mniszewa gdzie Pilica wpada do Wisły. Tutaj kończy się moje Velo a ja z dumą robię pamiątkowe zdjęcie… w krzakach, bo nic tam innego nie ma. Cóż, jakie Velo taka meta chciałoby się rzec ;).

Opuszczona stacja benzynowa

I tak kończy się ta podróż

Nic wtedy mi już nie pozostało jak dotarcie do Warszawy, skąd miałem powrót pociągiem do domu. Im bliżej stolicy tym coraz mniej przyjemnie jechało się, a może to ja źle trasę wyznaczyłem. Nawet mityczna Góra Kalwaria, na której było od groma szosowców nie wzbudziła mojego zachwytu.

I tak docieramy do finiszu tej przydługiej historii, o trzydniowej wycieczce przekraczającej nieco 400km. Była awaria, załamanie pogody, piach w lesie i wygłodniałe komary czekające tylko aż wynurzę się z moskitiery. Ale były także mega spokojne wiejskie dróżki, trochę szutrów, kilka opuszczonych miejsc jakie lubię i wieczorne/poranne kąpiele w ciepłej rzece.

Poza bezcelową włóczęgą, warto jest od czasu do czasu mieć jakiś cel podróży tworząc swoje własne Velo. Bazując na własnych poszukiwaniach, planowaniu i wyznaczaniu trasy, późniejsza podróż jest nazwałbym „bardziej nasza”.

Zdałem sobie sprawę, że nie mam ani jednego zdjęcia rzeki… musicie mi uwierzyć na słowo, że tam rzeczywiście ona była :).


Damian Ciaćma
Damian Ciaćma

Włóczykij niespiesznie kręcący zawsze w stronę zachodzącego słońca. Miłośnik kimania na łonie natury, nieskatalogowanych atrakcji i minimalizmu. Pasję do dwóch kółek łączy z fotografią, z których pomocą tworzy swój mały świat.

Artykuły: 30