Bikepackingowe przekraczanie swoich granic

Sielankowe niespieszne podróże w ciepłych promieniach słońca są tym, o czym marzymy przez 8 miesięcy w roku.

Wakacyjny klimat zachęca jednocześnie do słodkiego leniuchowania, a jednocześnie pobudza do działania i przekraczania swoich granic. Nikt mi jednak nigdy nie powiedział, że nie można tych rzeczy robić jednocześnie. Wiele czynników nawarstwiło się na pokonanie dystansu, do którego tego roku nawet nie myślałem się zbliżyć. To wyszło spontanicznie, nieprzewidywalnie i tak mile zaskakująco gładko.

Dobrze przespana noc w hamaku, pozwoliła mi w pełni zapomnieć o 170 kilometrach pokonanych poprzedniego dnia. Pogoda dopisywała przez całą podróż, było lekko upalnie i bez opadów z lekkim nieprzeszkadzającym wiatrem, czyli tak jak lubię.

Nowa żywność, jaką zabrałem na tę wycieczkę, sprawdziła się pysznie. Nie tylko dostarczała mi energii, ale także nie sprawiała żadnych problemów trawiennych,a także uczucia senności. Dzięki temu, 28 godzin jazdy drugiego „dnia” obyło się bez gwałtownego spadku energii. Co prawda po 200 kilometrach „odejścia” nie miałem już żadnego, ale łyda podawała stabilnie przez cały czas.

A to moja (dawna) maszyna do bicia rekordów 🙂

Kryzysy zawsze były, są i będą ale jest na nie sposób

Zniechęcenie, zwątpienie, brak sensu, monotonność oraz brak radości z jazdy. To zawsze może wystąpić przy nawet krótszych dystansach i jedyne co wtedy robię to… pedałuję sobie dalej tylko wolniej, czekając aż przejdzie samo. Zawsze przechodzi.

Największym problemem była dla mnie poranna senność po całonocnej jeździe. Chłód utrzymywał moje pobudzenie, ale gdy już rano słońce nabrało siły, to głowa zaczęła pływać jak fale na morzu. To także była dla mnie całkowicie nowa sytuacja, której nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Oczy na podjazdach potrafiły się zamykać na dłuższe chwile. Tutaj nie miałem pomysłu jak temu zaradzić. Muzyka, jedzenie, przystanki pozwoliły mi jako tako przetrwać chwilowy kryzys. Na kolejny mam nadzieję być lepiej przygotowany.

Standardowy widok na Słowacji

Nieplanowana życiówka z bagażem na stalowym rowerze i bez pampersa

436 kilometrów przejechałem jednym ciągiem ostatecznie w 28 godzin, w których każda minuta to była czysta przyjemność z przygody i nowych doświadczeń, pełna radości z jazdy, odkrywając kolejne zakamarki ukryte głęboko w sobie na nowy sposób.

A to wszystko na stalowym rowerze ważącego 13,5kg z bagażem ważącym dodatkowe 9kg. A jako fan Brooksa (B17), jazdy w gaciach z wkładką nie uznaję. Może nie w ten sposób robi się takie rzeczy, ale ja nigdy nie byłem zbyt racjonalny i bliżej mi do wskazań serca, niż nudnego mózgu pragnącego bezpieczeństwa i lenistwa.

Odkryciem (praktycznym, a nie teoretycznym) było przede wszystkim to, że granice i słabości pochodzą z galarety, którą tak bezpiecznie chronimy pod kaskiem. I to stamtąd mają początki nasze wszelkie słabości, włączając w to bóle, które na pierwszy rzut oka wydają się bardzo poważne. Takie są przynajmniej moje spostrzeżenia, kolarza romantycznego, którego rad nie należy uważać za fachową wiedzę, a jedynie luźne przemyślenia 🙂

Cała nocka w siodle została wynagrodzona takim brzaskiem a potem świtem

Damian Ciaćma
Damian Ciaćma

Włóczykij niespiesznie kręcący zawsze w stronę zachodzącego słońca. Miłośnik kimania na łonie natury, nieskatalogowanych atrakcji i minimalizmu. Pasję do dwóch kółek łączy z fotografią, z których pomocą tworzy swój mały świat.

Artykuły: 30