Ustawka – Pasmo Klimczoka

W międzyczasie jak poszukujemy szutrów marzeń w dalszych częściach Beskidów, także tych leżących za naszą południową granicą, zorganizowaliśmy lokalną ustawkę w Beskidzie Śląskim. Tak na przeczekanie, zanim pojawi się coś grubszego? Być może, lecz to nie była w żadnym wypadku trasa „na odwal się”. Wręcz przeciwnie, wiele pętli zrobiliśmy, poprawiając trasę za każdym razem, aby miała w sobie wszystko, co potrzeba.

Najważniejsze jednak i tak było towarzystwo

A te nie było liczne, lecz jakże elitarne. No dobra, poniosło mnie z tym nadawaniem tytułów szlacheckich, ale grupka stałych bywalców ustawek, wyjazdów bliższych i dalszych tak się fajnie scaliła ze sobą, że rzeczywiście czujemy coś wyjątkowego między nami. Więź niczym łańcuch, bez którego żaden dwukołowiec oraz ustawka nie jest w stanie nigdzie zajechać.

Mimo to nasze grono nie jest ani trochę hermetyczne, a otwarte na nowe twarze i znajomości. Mimo że w tym roku wspólnych jazd jest nieco mniej, to zachęcamy do obserwowania profilu na facebooku (klik), gdzie ogłaszamy wydarzenia z nimi związane.

Na Przełęczy Karkoszczonka

Możliwe, że jest winowajca małej frekwencji

Pogoda z samego rana była niezła, chociaż czuć było, że coś nadchodzi i nie będzie to spokojny dzień. Przed 10 rano przyszła chmura burzowa, przed którą skryliśmy i Grześka na kawce, po której z radością ruszyliśmy wreszcie na szlaki. Nasza radość nie trwała jednak zbyt długo, bo jeszcze zanim dobrze wjechaliśmy między beskidzkie lasy, to przyszła kolejna fala wody. Dobrze, że mogliśmy poprzedni deszcz przeczekać u kolegi, bo bylibyśmy teraz mokrzy…

Kiedyś wszystko się kończy i tak też się stało z deszczem, którego zastąpiło słońce, najpierw wstydliwie i delikatnie, a potem grzejąc pełną parą, która unosiła się nad wilgotnymi drogami.

Te dętki TPU jednak są całkiem wytrzymałe

A drogi tego dnia były wyjątkowo ostre

Jechaliśmy w czwórkę i nie byliśmy pewni, czy pętlę 70 kilometrową uda nam się przejechać do końca. Czy nie mieliśmy siły? Aż skąd, pod dostatkiem. Wody i jedzenia także. Kontuzja może? Co prawda Ania była nieco zabudowana na wysokości kolana, które trzeba było przywołać do rozsądku po lekkim wyskoku w bok na nartach, lecz tym razem wszyscy nogi jak i ręce mieli w dobrym stanie. Z głowami to polemizowałbym… ale właśnie dlatego tak dobrze nam razem :D.

Jechaliśmy w czwórkę i mieliśmy 4 kapcie. Na szkle, przez dobicie i cholera wie, od czego jeszcze. Została nam jedna różowa dętka tpu wątpliwej jakości na dotarcie do końca trasy, której było jeszcze z 15 km. Wiem, że to brzmi zabawnie, ale czuję, że po zeszłym roku ( 7 kapci ) ciąży nade mną Klątwa Tufo i nie dość, że przebijam dalej opony innej marki, to jeszcze to coś zaczyna przechodzić na innych, pożerając ich opony także.

Będzie trzeba pomyśleć o mleku, takim swojskim i tłustym, nie jakimś podrabiańcem uht.

Ostrzejszy krótki fragment podjazdy pod Przełęcz Karkoszczonka

Kilka słów o samej trasie

Większość z lokalnych rowerzystów części całej pętli z całą pewnością zna i wielokrotnie przejechała. Mieliśmy przebijanie się od Błoń powyżej dolnej stacji kolejki, docierając na Dębowiec. Po piwku bezalkoholowym oczywiście, aby na późniejszym zjeździe aż pod Zaporę w Wapienicy trzymać się trasy, a nie zbaczać w krzaki. Przy samym schronisku nie mogło być inaczej, była dziura w dętce, ale za to możemy polecić świetną pompkę stacjonarną, jaka jest tam na wyposażeniu.

Nad Zaporą w Wapienicy to wiadomo, klasyczna pętelka, potem przejazd przez samą rzeczkę, chwila postoju przy wodospadzie i zawijany podjazd w prawo od zbiornika aż do Jasionek. Tam nie mogło być inaczej jak szaleńcza jazda wzdłuż potoku Jasionka aż do Bier. Reszta trasy przez Brenną i Szczyrk była raczej z tych łagodnych, żeby nie powiedzieć emeryckich. Takie odcinki też są potrzebne, o ile w środkowej jej części nie czeka…

Przełęcz Karkoszczonka

Wierząc we wskazania Stravy, to miejscami podjazd miał 21,5% nachylenia, co w połączeniu z sypkim gruntem, kamieniami lubiącymi wybijać nas z rytmu oraz niełagodzącym nachyleniem na zakrętach, dawało wyzwanie, któremu tylko jeden z nas mógł się podjąć. Wpychając rower powolutku do góry, miałem nadzieję, że Paweł, chociaż się zmęczył na samej górze i musiał użyć najlżejszej zębatki.

Jaki by nasz kolega nie był silny, zwinny i dostojny na podjazdach, to nigdy nie będzie taki zajebisty jak piesek w różowych okularach, zjeżdżający na rowerze z pełnym zawieszeniem trasą Enduro Trails.


Damian Ciaćma
Damian Ciaćma

Włóczykij niespiesznie kręcący zawsze w stronę zachodzącego słońca. Miłośnik kimania na łonie natury, nieskatalogowanych atrakcji i minimalizmu. Pasję do dwóch kółek łączy z fotografią, z których pomocą tworzy swój mały świat.

Artykuły: 30