Jednodniowa trasa gravelem wokół Tatr

Wakacje to czas bliższych i dalszych podróży, dających nam upragniony odpoczynek, chwilę na przemyślenia i możliwość zdystansowania się do swoich życiowych problemów.

W Gravelowych Beskidach mamy jeden główny problem – „kiedy”. Kasa zawsze się znajdzie na wyjazd, a fajnych ludzi nie brakuje, o czym mogliście się przekonać na naszych ustawkach. Tylko jak tu z nimi dogadać się na jeden pasujący wszystkim termin… Misja niemożliwa, w której nawet Tom Cruise by nic nie zdziałał. 🙂

Czas jednak leci nieubłaganie, a wraz z nim przemija lato szybko. Na wyczekiwany objazd Tatr wybraliśmy się w trójkę, mając nadzieję, że nie rozpłyniemy się po słowackiej stronie w trzydziestu, a w naszym odczuciu 50-stopniowym upale.

Widoki zapierały dech w piersiach, przez co nie było wskazanym oglądanie się za siebie na podjazdach, których mieliśmy 3000 metrów tego dnia do pokonania. To właśnie na ten wskaźnik patrzyliśmy w chwilach słabości, mając nadzieję, że szybko maleje. Dystans z kolei był raczej z tych standardowych, nierobiących efektu wow – 230 kilometrów.

Właściwie to jechaliśmy w przeciwnym kierunku, ale dla takiego zdjęcia można zrobić wyjątek 🙂

Definicja dobrej trasy

Po czym rozpoznać wyjątkową trasę? Po odcinkach, w których nie wiedzieliśmy, czy mamy naparzać pełną parą, czy stawać co chwilę i wyjmować aparat. Wijący się asfaltowy fragment trasy od Zuberca do Liptovske Matiasovce, zdecydowanie wpisuje się w tę definicję.

Podobny charakter trasy był pod koniec naszej wycieczki, już jadą w nocy nieopodal miejscowości Brzanówka. Pędzenie 60 km/h w świetle tylko latarki po krętych górskich drogach nie brzmi zbyt rozsądnie, ale tego „niszczarza” dobrej zabawy akurat zostawiliśmy w domu, podobnie jak Ania buty spd w piwnicy. Los jednak pragnął, abyśmy pojechali w pełnym składzie. Udało się kupić fantastyczne plastikowe pedałka, prawdopodobnie w jedynym czynnym w niedzielę sklepie rowerowym po polskiej stronie Karpat.

A to droga do zbiornika Cierny Vah

Ucieczka od cywilizacji, nie jest zawsze koniecznością

Jazda w objęciach natury jest zawsze u nas na pierwszym miejscu, lecz będąc za granicą aż żal nie przejechać przez małe mieściny w pragnieniu odczucia lokalnego klimatu. A po słowackiej stronie miastem, które nam szczególnie spodobało się, był Poprad. Ładne kamienice, spokojny i sielankowy klimat, dobre jedzenie i oczywiście piwo/kofola. Wszystko to, co stawia człowieka na nogi i było potrzebne na zakończenie płaskiego odcinka trasy.

Było tak pięknie i niezapomnianie, że już prawie zdążyliśmy zapomnieć o mniej przyjemnych chwilach. Póki jeszcze pamięć jest świeża, to wypada tutaj wspomnieć o końskich muchach, których była istna plaga. Chmary potrafiły trzymać się nas do prędkości kilkunastu kilometrów na godzinę, żrąc bez opamiętania. Na podjazdach w terenie po prostu byliśmy bezsilni przy nich.

Chcąc skorzystać z naszego śladu, zróbcie niewielką korektę kursu

Patrząc na mapę to najgorsze fragmenty z owadami, to te na północ od Maly Slavkov do wysokość mniej więcej miejscowości Rakusy, oraz od zbiornika Čierny Váh do Šuňava. Ponadto ze względu na bezpieczeństwo radzimy ominąć odcinek Huncovce – Maly Slavkov przez licznie zamieszkałą ludność cygańską.

Tapeta windowsa, wersja jesienna

Damian Ciaćma
Damian Ciaćma

Włóczykij niespiesznie kręcący zawsze w stronę zachodzącego słońca. Miłośnik kimania na łonie natury, nieskatalogowanych atrakcji i minimalizmu. Pasję do dwóch kółek łączy z fotografią, z których pomocą tworzy swój mały świat.

Artykuły: 30