Na samym początku warto wspomnieć o najważniejszym elemencie – trasie. Trasa ta była naprawdę doskonale przygotowana. Gładkie, równo utrzymane żwirowe ścieżki prowadziły nas wprost ku horyzontowi na początku, by potem delikatnie falować, łagodnie podnosząc się i opadając. To było naprawdę coś pięknego.
Co do pogody, to jak to na początku wiosny, była bardzo kapryśna. W środku wyścigu nadciągnęły ciemne chmury, ochłodziło się i zaczęło padać. Jednak widok podwójnej tęczy nad lotniskiem w Kielcach wynagrodził nam wszystkie te opady i przemoczenie.
Końcówka wyścigu już odbywała się na rozmokłej, błotnistej ziemi. Żwir wylatujący spod kół, mielony był przez napędy rowerów. Aż ciarki po plecach nam przechodziły za każdym razem, gdy trzeba było wrzucić duży blat z przodu.

Jedna trasa, różne cele.
Jedni jechali typowo pod wyścig, inni wycieczkowo i niespiesznie. My tak w połowie tych podejść ulokowaliśmy swoje ambicje, chcąc dostarczyć sobie jak najwięcej wrażeń.
Nasza trójka zgodnie startowała na tym samym dystansie, 181 kilometrów.
Iwo widzieliśmy tylko na początku zawodów, który potem pognał niczym gazela w siną dal, skończywszy z czasem 8:12 dające miejsce 21.
Grzesiek i ja jechaliśmy praktycznie cały czas razem, nieprzymuszenie podobnym tempem, kończą z czasami 9:49 i 9:50 co dało nam miejsca 45 i 46. Dla mnie, był to pierwszy udział w zawodach w życiu. Idealne zawody na debiut w tego typu imprezach.
fotografia z tytułu: Wataha Ultra Race




