Zgrupowanie w Bieszczadach – Potrzeba milczenia

Minimalizm w podróży rowerem, to nie tylko sztuka pakowania się z wykorzystaniem jak najmniejszej ilości rzeczy. To także poddawania się świadomie lub też nie, na możliwie małą ilość bodźców, w której jesteśmy tylko my, rower i pusta przestrzeń wokół.

Każdy tego potrzebuje

Nawet jeżeli jestem typem hiper, mega ekstrawertyka, to takie odcinki na własne przemyślenia, spojrzenie z innej perspektywy na problemy czy po prostu zajrzenie nieco głębiej w siebie poprzez brak innych dźwięków, obrazów jest Ci bardzo potrzebne. A jeżeli wydaje ci się że nie, to tym bardziej jest Ci to wskazane.

Wydaje się, że ciężko o takie doznania, a raczej ich braku, przyjdzie nam podczas wyprawy w grupie. Prawda jest jednak taka, że im dłużej wspólnie jeździmy, tym momentów niewymuszonej ciszy jest coraz więcej. Możliwe, że pierwsze dni są bardziej intensywne interpersonalnie, przez długie wyczekiwanie na upragnioną podróż i ekscytacje z nią związaną, oraz schodzące z nas cywilizacyjne emocje, napięcia i inne troski.

Ciekawi jesteśmy historii tego telefonu

Podjazdy bywają samotne

Na zjazdach i na płaskim, wszyscy są w miarę zbici blisko siebie. Łatwiej ewentualnie się podciągnąć za kimś, niwelując braki w przygotowaniu. Podjazdy jednak weryfikują kto, jaką ma kondycję. Nawet drobne różnice w tempie, potrafią przerodzić się w kilkadziesiąt, kilkaset metrów. Nie jest to jednak w naszym minimalistycznym kontekście czymś negatywnym. Każdy ma swoje limity, z którymi powinien się mierzyć i starać się je przekraczać. W takich ciężkich chwilach wręcz jest wskazane, aby być samym ze sobą.

Z drugiej strony widok uciekającego kolegi na podjeździe potrafi zmotywować do działania. Nikt nie lubi być gorszym i pomimo różnych predyspozycji oraz sprzętu, to możliwości do poprawy są zawsze. A my lubiąc rywalizację, jak większość facetów będziemy z jęzorem na wierzchu wytapiać łydy, by na kolejnym wspólnym podjeździe być pierwszymi na szczycie.

Takich podjazdów mieliśmy sporo, mniejszych i większych. Te najbardziej wbijające się w pamięć to oczywiście na serpentyny w Górach Słonnych, Szybowisko Biezmiechowa oraz 22-procentowy podjazd w Lesie Krzywieckim.

Szum opon i dźwięk obracających się piast

I nic poza tym. Czysta radość z jazdy pośród niczego, będąc oddalonym od cywilizacji zaledwie kilkaset metrów lub najwyżej kilometr. A mimo to, jedziemy drogami, gdzie nic się nie dzieje. Samochodów brak, a nieliczne porozrzucane domki nie wykazują większych oznak zamieszkania. Zbocza gór porośnięte gęstą trawą i powbijanymi w glebę drzewami iglastymi. Dłuższym takim odcinkiem była jazda z Ulucz do Iskań, gdzie nawet samochodu Googla nie było, co jeszcze bardziej powinno zachęcić do jazdy tamtą trasą.

Z jednej i drugiej strony tej trasy docieramy do brzegów Sanu, przy którym podróż także może dostarczyć podobnych wrażeń. Każdego dnia mogliśmy podziwiać tę piękną rzekę, która w górnym biegu jeszcze pozostaje dziką i nieskrępowaną betonem.

A to widok dnia z połowy podjazdu na Szybowcową

Spokojnie już było

Pozostając w podobnych klimatach, nieco podkręcimy tempo i zrobimy wyrzut adrenaliny. Najpierw jednak mieliśmy długi podjazd pod Szybowisko, z którego rozpościerał się przepiękny widok. Tam też mieliśmy dłuższy popas, który uzupełnił zapasy energii, jaka była nam potrzebna na leśną przeprawę. A ta była dzika, nieprzewidywalna i pełna zapytań czy dojedziemy w całości na sam dół.

Jadąc przez Rezerwat Przysłup, trzymaliśmy się mniej więcej jednej wysokości, na przemian nieco podjeżdżając i zjeżdżając przez 8 kilometrów. To był nasz trzeci i ostatni dzień, a mając sporo asfaltu za sobą, poczuliśmy krew, jak tylko wjechaliśmy na leśne dukty. Tempo było konkretne i nie mające niczego wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Jeden krzywy i wilgotny korzeń ustawiony niefortunnie, a mogliśmy dorobić się większej ilości kości. Co prawda długość „nowo utworzonych” byłaby nieco krótsza, ale to i tak nas nie odstraszało w myśl zasady: jak się ma coś stać, to i na schodach się człowiek przewróci i kark skręci. Muszę przyznać, że nie będąc na rowerze, nie mam takich myśli i jestem zdecydowanie bliżej rozsądku. 🙂

Wyhamowała nas natomiast wycinka drzewa i ich transport na długości kilometra. Wyżłobiona błotna rynna, niedająca się momentami obejść, była dla naszych rowerów okropieństwem. My jakoś bardzo swoim wyglądem nie przejmowaliśmy się z wyjątkiem Iwa i jego nowych, świeżo wypastowanych butów. No cóż… nazwijmy to chrztem bojowym. Niestety przeprawę przez rzekę mieliśmy pierwszego dnia, ale następnym razem ułożymy trasę tak, aby móc najpierw zaznać kąpieli błotnej, a potem wodnej.

Zmyć z siebie jednak nie dało się uśmiechu, który był z nami przez całe zgrupowanie, za którym z tęsknotą nie możemy doczekać się kolejnych wspólnych podróży.

Część 12


Paweł wydaje się nie być zachwycony tym premiumem

Wszystkie trzy trasy z naszego zgrupowania:

Damian Ciaćma
Damian Ciaćma

Włóczykij niespiesznie kręcący zawsze w stronę zachodzącego słońca. Miłośnik kimania na łonie natury, nieskatalogowanych atrakcji i minimalizmu. Pasję do dwóch kółek łączy z fotografią, z których pomocą tworzy swój mały świat.

Artykuły: 30